Znacie ten moment, gdy Wasze życie daje Wam w kość, sami nie wiecie do końca, o co Wam chodzi, a najchętniej zamiast kolejnej zielonej herbaty golnęlibyście sobie setkę czystej? Ja nie znam, ale coś mam ostatnio wrażenie, że ta chwila krąży gdzieś na krańcach świadomości i czeka na odpowiedni czas. Bżdżę, wiem. Generalnie, chodzi o to, że mi się ostatnio nieco pogubiło.

Chcę więcej niż robię, a gdy robię, to mam wrażenie, że robię to za mało. Dużo bym sobie życzyła, działam zgodnie z listą, ale na horyzoncie non-stop ćmi „gimme more!”. A do tego…dorosłe życie co rusz otwiera przede mną kolejne, nieznane dotąd, drzwi do mrocznych zakamarków.

Cały czas w biegu, do przodu, do przodu, do przodu i w moim mniemaniu nie do końca produktywnie. W tym pędzie (Zofia, serio?) zapomniałam o tym, co najbardziej kocham. O spontanie, o małych wojażach, o drobnych przyjemnościach. Gdzieś w tle zagubiła się moja pasja, mój zachwyt nad światem i głęboki wdech. A przecież tak długo walczyłam o to, by móc po prostu być, bez żadnych przeszkód. By być w tu i teraz, umieć odpuścić raz za czas i na moment się zatrzymać. I co? W ostatnich dniach o kant pupy roztrzaskać całe moje dotychczas zebrane just flow doświadczenie.

Dziś coś się zmieniło, chyba życie dało mi małego kopa w tyłek i kazało wziąć się w garść. Wyluzuj, kobieto – krzyknęło. Toteż, gdy dziś wsiedliśmy w samochód, jadąc na spacer z psami, czułam w kościach, że idzie dobre.
Nie wiem, jak u Was, ale w nasze Góry po fali mrozów przyszła porządna odwilż. Dziś w powietrzu czuć było wiosnę. Ciepły wiatr, słońce, śpiewające ptaki i ba! nawet kurtkę mogłam na moment ściągnąć. Pojechaliśmy na spacer całą piątką – oboje z Mateuszem na wstępie stwierdziliśmy, że to jest dzień, w którym odkryjemy nieznane. I rzeczywiście – wybraliśmy się w miejsca, w których dotychczas jeszcze nas nie było.

W miejscu, w którym zatrzymaliśmy się po raz pierwszy, była duża łąka, pofalowana niczym pole golfowe, tuż obok padoku dla koni. Trawa lekko zgniła, jeszcze pamiętająca śnieg i mrozy. Promienie słońca nieśmiało wyglądały zza drzew, jakby się bały, że za moment z powrotem w objęcia złapią je chmury. Psiaki biegały swobodnie, gdy my wycofywaliśmy się z zasięgu wzroku faceta, który, mijając nas jeepem, miał w oczach mord. Nie wiem, co to był za typ, ale nie chciałabym spotkać go w ciemnym zaułku (a tym bardziej w lesie, bo gość wyglądał na myśliwego).

Wsiedliśmy w auto i pojechaliśmy przed siebie. Dosłownie! Ale było super, móc ot tak sobie rzucić: to co, w lewo? A teraz prosto? No to może w prawo. I tak ładnych parę chwil, mijając po drodze małe dolnośląskie wsie i stare zabudowy. Jedliśmy czekoladowe ciacha, paluchy z suszonymi pomidorami i gadaliśmy głupoty.

Po chwili zatrzymaliśmy się na polu, na samym środku pola. I poszliśmy ścieżką do samotnych drzew. Rozmawialiśmy, młode się biły, Granda latała za patykami rzucanymi przez Mateusza. W pewnym momencie towarzystwo poszło dalej, a ja usiadłam na miedzy. Usiadłam i wróciło do mnie to, czego tak dawno już nie czułam. Spokój. Siedziałam na ziemi, spoglądałam na góry, między palcami czułam wyschniętą, zabłoconą trawę i wiatr we włosach. W głowie miałam pustkę. Tę pustkę, którą tak bardzo kocham, a za którą tak tęskniłam. Pole mieniło się zielenią i żółcią, uschnięte badyle dygotały na wietrze, a ja uśmiechałam się do siebie w duchu. Wróciła do mnie Zosia marzycielka, Zosia spokojna i niezamartwiająca się na zapas. To był moment jednej chwili, bycia w tym konkretnym miejscu i czasie, gdzie nie liczy się nic poza trwaniem. Klik, którego podświadomie wyczekiwałam. Tak, jakbym po długim biegu wzięła głęboki wdech.

Po chwili poszliśmy dalej. Moje ukojone myśli zniknęły gdzieś w przestworzach, było ciepło, wiosennie i cicho. Biało w głowie, różowo w oczach.

Wsiedliśmy do auta i żadne z nas nie chciało jeszcze wracać do domu. Urządziliśmy sobie więc wycieczkę. Przez ponad godzinę jeździliśmy wśród małych wiosek i miasteczek. Krążyliśmy wśród gór, dolin i opuszczonych zabudowań. I tak błądząc, trafiliśmy w końcu do przydomowej serowarni w Lutomierzu. Rozmawialiśmy z przesympatyczną właścicielką, smakowaliśmy, plotkowaliśmy o regionie. Wyszliśmy stamtąd z naręczem pysznych wyrobów. I przekonaniem, że to był cel naszej podróży.

Gdy jechaliśmy do domu, oboje czuliśmy się wolni, wolni i na miejscu. Już tak dawno nie cieszyliśmy się chwilą, a ten dzień przypomniał nam, o co w życiu chodzi. O chwytanie małych chwil, spontaniczność, kręte drogi i niespodzianki czyhające za zakrętem. Te drobne przyjemności, porozumiewawcze uśmiechy i niewiadomość tego, co się za moment wydarzy.

Lubicie tak?

 

Z.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s