Wstaje dzień, nowy dzień. Moje słońce wyłania się zza horyzontu, powolutku wyściubia nos zza gór. Jest różowe. Różowe jak okulary, które mam na nosie. Góry pokrywają się zielenią, rosną na nich drzewa, w oddali widzę owce pasące się na łąkach.
W domu znowu nie ma prądu. A jak prądu, to i ciepłej wody brak. Wczoraj czytałam przy świecach, w blasku ognia z kominka. Piłam kakao i uśmiechałam się do rudowłosej bohaterki książki. Mieszkała w mieście, pracowała na etacie, w weekendy imprezowała. Kiedyś byłam taką rudowłosą bohaterką. Miejskim zwierzem, karierowiczem, lubiłam pić i tańczyć. Jednak wczoraj uśmiechałam się do tej dziewczyny nie z żalem i zazdrością, lecz z politowaniem i wdzięcznością wobec losu.

Parę lat temu na targu staroci kupiliśmy wielkie miedziane łóżko z wizerunkiem Maryjki w wezgłowiu. Leżę teraz w nim i przeczesuję palcami rozczochrane włosy. Obok stoi wystygnięta już herbata w emaliowanym kubku. Na dębowej szafie trzymam pudełko z fotografiami analogowymi. Zamiast zasłonek, w oknie wiszą ususzone róże.
Sypialnia z dziecięcych snów.

Wanda leży na szerokim parapecie i obserwuje łódki na jeziorze. Z chęcią by popływała, a przy okazji obszczekała każdą z nich z osobna. Byleby tylko poszczekać. Kochana sunia. Poza tym, że straszny z niech krzykacz, złego słowa nie mogę powiedzieć. Pamiętam jedną sytuację, gdy była szczeniakiem. Miała może pięć miesięcy. Teraz co prawda jest niewiele starsza, ale szczeniak to szczeniak. Pojechałyśmy nad jezioro, latem zawsze tak robimy. Rozebrałam się i wskoczyłam do wody. Piesy pływały razem ze mną. Nagle, nie wiedziałam skąd, dało się słyszeć głośny przeraźliwy krzyk. Rozejrzałam się wokoło, ale nie widziałam nikogo poza nami. To były ułamki sekund. Wanda zniknęła mi z oczu, a po chwili usłyszałam drugi okrzyk, tym razem radości i ulgi. Okazało się, że na pomoście, ukrytym w trzcinie, bawiły się dzieciaki. Jedno z nich zaczęło się topić. A moje psie dziecię – zanurkowało do niego i uratowało chłopcu życie. Miała pięć miesięcy! Kto by pomyślał…

Słyszę krzątaninę w kuchni. To mój mąż – wieloletni przyjaciel przygotowuje śniadanie. Robi najlepszą jajecznicę na świecie. Na maśle od sąsiadki, z cebulką, pomidorami i świeżą bazylią. Wiem, że poda do tego kawę, grzankę z miodem i szklankę wody. Obowiązkowo na talerzu, któryśmy przytachali z Australii. Niektórzy z podróży przywożą magnesy, a my zbieramy zastawę stołową ze wszystkich zakątków globu. Pojedyncze sztuki. I uśmiechy zbieramy. Mam specjalny słoik obwiązany złotą wstążką, do którego je chowam. Inny słoik, ze wstążką w kolorze fiołków, mam na sympatyczne uściski dłoni.

Amelia otworzyła lewe oko, zaraz uchyli prawe. Uhm, a za momencik wskoczy na wyrko i dokładnie wyliże mi całą buzię. Jest starsza od Wandy, ale o wiele mniej rozgarnięta. Skubie narzutę na kanapę, obgryza nasze buty, zdarza jej się roznieść makulaturę po całym domu. Była najbardziej pojętnym psem na szkoleniu, jednak, skubana, ma swoje za uszami. Kocham je obie jak dzieci, te długowłose nakrapiane mordki. Jestem psiarą, co ja poradzę. Śpią w łóżku, specjalnie kupiliśmy dużą kołdrę, by jej nam nie zabierały. Mają porcelanowe michy, jeżdżą z nami wszędzie, nawet po rejsie do Ameryki Południowej wpuścili całą naszą czwórkę do Ekwadoru. Dwoje ludzi i dwie piesy. Czego chcieć więcej? Rodzina w komplecie.

Moje słońce już dawno wstało zza horyzontu. Góry skąpane są teraz w żółto-mglistym blasku, wiem, że z okien szczytowych widać maleńki kościółek w pobliskiej wsi, a witraże w jego oknach mienią się kolorami tęczy. Wiem też, że za dwa dni jedziemy na pół roku do Azji, by prowadzić prelekcje o prawach kobiet w największych miastach dziesięciu państw. W moim kochanym Nepalu na miesiąc zatrzymamy się, by ruszyć na trekking, a później – już w Polsce – mój mąż skomponuje płytę opowiadającą o naszych przygodach. Ma facet talent, jestem szczęściarą, że za niego wyszłam.

Wstaję z łóżka, Amelia dopiero teraz przychodzi do mnie, by się połasić. Gdy obowiązkowe czochranie mamy za sobą, siadam na parapecie blisko Wandy, a jej siostra wskakuje obok nas. Opieram się plecami o framugę. Stare drewno pamięta jeszcze przedwojennych właścicieli, którzy prowadzili jedną z największych w rejonie stajnię koni. Dotykam dłońmi podwójnej starej szyby. Nie wymienimy tego drewna na szczelniejszy plastik. Wolę zimą podkładać koce pod szybę, a latem słuchać świstu wiatru wpadającego przez szparę do pokoi. Za bardzo przywiązuję się do tradycji.

Słyszę pukanie do drzwi.
– Kochanie, śniadanie!

Zeskakuję z parapetu i siadam na łóżku w oczekiwaniu na posiłek.

Smacznego!

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s