Długo zwlekałam z napisaniem tego tekstu. Już dobry miesiąc temu przyszedł mi do głowy pomysł na temat. Ale przez cały ten czas było coś ważniejszego do roboty. A to problemy zawodowe, a to sprawy rodzinne, a to ciągłe migrowanie z miejsca na miejsce. Znowu dużo się dzieje i znowu mało piszę.
I odkładam na bok siebie na rzecz wszystkiego dookoła.

Tak długo zwlekałam i dziś, zamiast pisać o psach w otoczeniu dwóch najkochańszych czworonogów, piszę, mając przed sobą tylko jedną kudłatą mordkę. Starość nie wybiera, śmierć także w nosie ma nasze zdanie.

Wychowywałam się w otoczeniu zwierząt, moja Mama nie skrzywdziłaby muchy (choć komara a i owszem) i tego samego nauczyła mnie. Miłości do zwierząt. Był więc królik miniaturka (który okazał się być byczkiem o 60 cm), królik samczyk (który okazał się być samiczką i chwilę później miałyśmy pięć małych króliczków), dwie koszatniczki (które, biegając luzem, pogryzły mi okładki wszystkich książek), szczury (Leonard i Franciszek), żółw (skubany był tak szybki, że nam zwiał – na amen – któregoś razu, gdy biegał sobie wolno (sic!) po ogrodzie). Ach, no i jeż (znajda, która u nas przezimowała).

Po drodze odchowałyśmy z Mamą troje szczeniąt. Jedną młodziutką przybłędę, która miała wyrosnąć na psa o wadze ok. 50 kg. Po paru miesiącach oddałyśmy ją w dobre ręce, gdzie może teraz hasać i spokojnie żyć. Był maluch jamnika szorstkowłosego, kupiony w listopadzie na prezent dla przyjaciela, odchowany do marca.
No i Granda, pierwotnie pies-podróżnik, którą wzięłam ubiegłej jesieni, a że w grudniu wyprowadziłam się z domu, to młoda została z Mamą. I z Alfą. Alfa to dziewczę, które było z nami od zawsze. Latem między pierwszą a drugą klasą podstawówki, kupiłyśmy mieszkanie w Rawiczu i razem z mieszkaniem przyszła młoda wyżlica, miłość Mamy. Rasa, która była w rodzinie od pokoleń. U pradziadków, dziadków, ciotki…

Wychowywałam się z Alfą (Funią, Alfeczką, Zdzisławem, Michem…). Przygotowywałyśmy się razem do egzaminów, błąkałyśmy się po mieście o trzeciej nad ranem, gdy poczułam silną potrzebę wyjścia na dwór. To był jedyny i najwierniejszy świadek mojej walki z bulimią, największy spowiedniki: mówiłam jej o pierwszych miłościach, złamanym sercu, o planach na przyszłość, marzeniach. Płakałam w jej sierść i śmiałam się do rozpuku. Dzieliłam się z nią śniadaniem, godzinami siedziałam obok jej wyrka, miziając za uchem. Alfa była piekielnie nieusłuchana. W lesie – wiatr w uszach i nie ma zmiłuj. Gdy w podstawówce chodziłam z nią na spacery, w momencie pojawienia się kota na horyzoncie, obwiązywałam smycz dookoła drzewa, bo wiedziałam, że inaczej polecę za psem w nieznane.

Funia nauczyła mnie odpowiedzialności. Tego, że zwierzęta także mają uczucia, potrzeby i swój indywidualny charakter. Tuptała, gdy chciała jeść i kłapała zębami, prosząc o spacer. Prowadziłyśmy ożywione dyskusje, często pyskowała.

Jestem psiarzem. Moja Mama też. Rodzina kocha psy (zwierzęta wszelkiej maści i rodzaju), Mąż jest podobnie stuknięty jak ja.
Psy śpią na kanapach (nie w budach), jedzą dobrą karmę, regularnie odwiedzają weterynarza, godzinami biegają po lasach, łąkach i górach. Kłaki w zębach, na golfie i na poduszce nie robią na mnie wrażenia, nagły szczek w aucie na widok labradora pod sklepem – też nie.

Pies to jedna z najinteligentniejszych istot na ziemi. Są pojętne, rozumne, lojalne i wyrozumiałe. Nie chowają urazy, nie roszczą pretensji. Łagodnie przypomną o porze posiłku i o wyjściu, nie będą się obrażać. Są uhahane jak dziecko, gdy dostaną smakołyk, na nasz powrót czekają z utęsknieniem i witają się, jakbyśmy nas nie widziały z pięć lat.

Pies to odpowiedzialność. Członek rodziny, który jest od nas zależny. Sam nie założy sobie smyczy, nie wyleczy się z grypy i nie nałoży jedzenia do miski. Aby był szczęśliwy, trzeba o niego dbać i dawać siebie to, co najlepsze. Nie krzyczeć, a wychować, nie ganić za pogryzione buty, a je schować (gdy się nudzi, musi się czymś zająć), kontrolować ilość wody w misce (psiak sam do kranu nie podejdzie). W zamian za dobre traktowanie, odwdzięczy się dozgonną miłością, wdzięcznością i przytulanością.

Gdy słyszę, że „pies to tylko pies”, gdy widzę bicie smyczą za nieposłuszeństwo (któremu winny jest właściciel), gdy obserwuję psy przywiązane do budy na mrozie czy zamknięte na posesji „stróżujące” owczarki niemieckie (które nie mają co jeść, a gdy człowiek podejdzie bliżej, łaszą się do rąk i liżą palce – tak są spragnione miłości), to nóż mi się w kieszeni otwiera. Mam ochotę ubić ludzi, którzy nie szanują drugiej istoty, traktują ją jak przedmiot (lub jeszcze gorzej), wyżywają się na bogu ducha winnym stworzeniu.

Nie jem mięsa, ograniczam produkty odzwierzęce, nie kupuję skóry. Ograniczam do minimum mój wpływ na wyzysk zwierząt w jakiejkolwiek formie. Szanuję psy, nie wyładowuję na nich agresji i frustracji.

Piszę te słowa, gdyż psy od zawsze były jedną z najważniejszych części mojego życia (tak, ja z tych, co za dzieciaka czytały każdą książkę/poradnik/album o nich, a do dziś podbiegam do każdego ciapka na ulicy, rozpływają się nad nim w zachwytach i dopytując właściciela o rasę, zachowanie, upodobania). Piszę te słowa, by uwrażliwić co poniektórych, czuję się w obowiązku uświadomienia, że pies też człowiek. PIES CZUJE.

A dedykuję je Funi, która umarła w piątek nad ranem. W swoim domu, w swoim łóżku, we śnie.

 

Z.

 

PS Wybaczcie jakość niektórych zdjęć, stare dzieje.

 

2 Komentarze

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s